Autor: Alek Rogoziński Gatunek:
Ocena

Chyba każdy z nas, niezależnie od wieku, płci czy przekonań, chciał kiedyś zabić swojego szefa (opcjonalnie dyrektora szkoły). Może nawet układaliśmy plan tej zbrodni. Oczywiście tylko tak, dla zabawy, dla odstresowania się. Ale co by było, gdyby… gdyby nasze plany faktycznie zostały zrealizowane? A my nagle stalibyśmy się głównymi podejrzanymi?
Siedziba redakcji magazynu „Marzenia i sekrety”. Świetna lokalizacja. Warszawa. Trzy przyjaciółki – Sandra (redaktor naczelna; szczęśliwa… a może nieszczęśliwa singielka), Martyna (można by rzec, szeregowa dziennikarka; słomiana wdowa, widująca męża niemal regularnie co pół roku) oraz Iwona (graficzka; samotna matka, wychowująca dwójkę nastolatków, która nieźle daje jej popalić). Co oprócz przyjaźni łączy te trzy, wydawałoby się, zupełnie różne kobiety? Odpowiedź jest prosta – szef. Tyran, seksista, egocentryk… (tutaj można wstawić dowolny negatywny epitet; zaręczam, że będzie pasował). Pewnej nocy, oficjalnie podczas wyrabiania nadgodzin w redakcji, nieoficjalnie podczas przyjacielskiej nasiadówki przy winie, przyjaciółki obmyślają w żartach plan, jak popełnić zbrodnię idealną – czyli pozbyć się swojego przełożonego i nie zostać za to skazanym na dożywocie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że… ich pomysł niedługo zostaje zrealizowany przez kogoś innego. Okazuje się jednak, że nie tylko one trzy miały potencjalny motyw do zamordowania szefa. W kręgu podejrzanych pojawiają się również: niewierna żona biznesmena, bandyci, których był dłużnikiem oraz kumpel, w razie śmierci przyjaciela dziedziczący po nim interesy. Pytanie jest oczywiste: kto zamordował?
Większość polskich wielbicieli komedii kryminalnych zna (chociaż ze słyszenia) Alka Rogozińskiego i prędzej czy później sięga po jakąś jego książkę. Tak było i ze mną, chociaż akurat moją przygodę z powieściami tego autora rozpoczęła wspaniała Róża Krull i jej przygody. Ale gdybym miała komuś doradzać, od czego zacząć… nie sugerowałabym „Zbrodni w wielkim mieście”. Dlaczego? O tym za chwilkę.
Ogólnie książka mi się podobała. Moje uznanie zwłaszcza za taką konstrukcję bohaterek, że naprawdę zapadają w pamięć. Ja szczególnie polubiłam się z Sandrą i ta postać na pewno na dłużej zagości w moim umyśle… chociaż coś niecoś w jej postępowaniu mogłabym zmienić 😉 .
Co do Martyny i Iwony… Martyna według mnie była najmniej wyrazista. Jej męża owszem, zapamiętałam, ale musiałam sięgnąć po opis powieści, aby przypomnieć sobie, czyim właściwie był on mężem. Natomiast Iwona… co do niej mam różne odczucia. Z jednej strony pozostawiła po sobie miłe wrażenie – domyślam się, jak ciężko jest być samotną matką z dwójką dorastających dzieci – ale z drugiej strony… Cóż, momentami miałam wrażenie, że jest ona zbyt niefrasobliwa jak na dorosłą kobietę, zwłaszcza matkę. Rozumiem, że to komedia i tak dalej… ale mimo wszystko jakąś wiarygodność trzeba zachowywać. Jak dla mnie mało prawdopodobne jest to, żeby troskliwy rodzic przypomniał sobie, że jego dziecko jeszcze nie wróciło do domu dopiero po skończeniu porywającej lektury i przypadkowym zerknięciu na godzinę (notabene prawie dwudziestą trzecią), wyświetlaną przez ekspres do kawy…
Oczywiście rodzina Iwony miała także plusy. Jak przyszło co do czego, to zwaśnione rodzeństwo stawało murem za sobą i swoją matką. Potrafiło dla siebie wiele ryzykować, a to się chwali. W tym elemencie pokazała się jakaś część talentu wychowawczego Iwony. Szkoda, że nie było więcej tych części.
A skoro jesteśmy przy Iwonie i jej dzieciach, to wspomnę jeszcze o swoim jednym spostrzeżeniu, mianowicie o słownictwie, którego używały nastolatki, Agata i Szczepan. Domyślam się, że autor chciał być bardzo młodzieżowy i „na czasie”, ale niestety trochę „przedobrzył”. Gdyby zostawił normalny sposób wyrażania się i tylko od czasu do czasu wrzucił słówka typu: „Sztos”, „cool”, „git”, „czad”, „beka” etc., byłoby idealnie. W końcu młodzież to nie przybysze z innej planety, posługujący się dziwacznym szyfrem, kompletnie niezrozumiałym dla otoczenia. A w tej książce coś takiego zostało pokazane. Niektórych wypowiedzi Agaty i Szczepana nawet ja nie zrozumiałam, mimo że jak najbardziej zaliczam się do młodzieży. Nigdy nie używałam słów takich jak „przychlaście” czy „faktoza”. Drobny apel: drodzy Autorzy, kiedy następnym razem będziecie chcieli dobrze odzwierciedlić młodzież, nie kombinujcie tak. Po prostu.
Trochę się nazbierało tych zastrzeżeń, ale nie uważam, żeby przeważały nad zaletami. Ogromny plus dla Alka Rogozińskiego zwłaszcza za zakończenie. Po przewróceniu ostatniej strony powieści jeszcze przez kilka minut uśmiechałam się bez powodu. Jak dla mnie każdy kryminał i komedia kryminalna mogłyby się kończyć w ten sposób.
Ogólnie powieść spełniła swoją rolę. Chwilami mnie śmieszyła, a chwilami przyprawiała o dreszczyk emocji. Dlaczego w takim razie wyżej pisałam, że nie poleciałabym jej osobom, które dopiero zaczynają przygodę z twórczością Alka Rogozińskiego? Cóż, nie odkryję tutaj Ameryki. Po prostu uważam, że nie było to najlepsze z dzieł tego autora. Na początek rekomendowałabym przygody Róży Krull, a dopiero potem „Zbrodnię w wielkim mieście”. Choć jeżeli macie ochotę na dość dobrą komedię kryminalną, to polecam tę… z jedną uwagą: nie wiadomo jakich przeżyć też nie powinniście oczekiwać. Ale dla takich zakończeń naprawdę warto czytać.

 

Recenzja jest dostępna również na portalu biblionetka.pl .

Napisz komentarz