Autor: Beata Majewska Gatunek: , ,
Ocena

Zwyczajna, szara codzienność i nagle zjawia się ktoś, kto chce pomóc nam ją odmienić. Trąci „Kopciuszkiem”, prawda? Cóż… Ktoś powiedział kiedyś, że wydarzenia to jedno, a nasza reakcja to drugie. I że to właśnie nasze decyzje determinują przyszłość. Oczywiście nie sposób się z tym nie zgodzić. Decyzje mają największe znaczenie. Jak wielkie, możemy przekonać się już za chwilę.

Julia to dziewiętnastoletnia studentka, którą los zawsze traktował raczej nieprzychylnie. Ojczym, który za znęcanie się nad matką znalazł się w więzieniu oraz ciągłe problemy finansowe – to tylko przykłady jej zmartwień. Dziewczyna jest młodziutka, choć zadziwiająco dojrzała jak na swój wiek. Zastanawiam się, czy nie aż za bardzo. Przed kopciuszkiem z Polski otwierają się jednak drzwi do lepszego świata (tak, to zdanie brzmi strasznie melodramatycznie 😉 ), a to za sprawą amerykańskiego miliardera, który przez pośrednika, Diamonda Kinga, zwraca się do niej z nietypową ofertą… Zresztą, kogo ja oszukuję. Nietypową! To jak nazwać huragan wiaterkiem. Ale do rzeczy… Julia trafia do świata, który wcale nie okazuje się lepszy. Jest nieprzyjazny, pełen intryg i ludzi, którzy tylko czyhają na jej potknięcie. Czy aby na pewno jej decyzja była właściwa? Ale nie ma już odwrotu… Na drodze uczuciowej również. Między nią a nieprzystępnym Diamondem rodzi się miłość, która zdecydowanie nie powinna zaistnieć. Ale czymże byłaby powieść obyczajowa bez choćby jednego dramatu? Tutaj mamy ich całą masę. O większości z nich wspomnę tylko oględnie, aby za bardzo nie spojlerować. A czy moje słowa zachęcą Was do sięgnięcia po tę lekturę czy wręcz przeciwnie, to już zostawiam Wam.

Zacznę od tego, że, jak już kiedyś wspominałam, nie lubię książek o nierealnej fabule. Według mnie musi istnieć choć minimalne prawdopodobieństwo, że dana historia mogłaby wydarzyć się w rzeczywistości. Niestety w „Zastępczej miłości” tego prawdopodobieństwa się nie dopatrzyłam. I smutno mi to mówić, bo liczyłam na więcej. Miałam nadzieję, że mimo iż w opisie pojawiły się sformułowania „skromna studentka” i „amerykański milioner”, natrafimy na coś normalnego, realnego. Niestety autorka zupełnie puściła wodze fantazji. Ze strony na stronę otwierałam oczy coraz szerzej, a mniej więcej w połowie stwierdziłam, że chyba nic mnie już nie zdziwi. Myliłam się.

Już na samym początku zrozumiałam, że tym razem mam do czynienia z opowieścią z pogranicza snu i literatury fantastycznej. Bo jakie są szanse na to, że wysłannik miliardera z USA wypatrzy nas w tłumie ludzi gdzieś na placu w Monako i usilnie będzie za nami podążał, dopóki nie zdobędzie naszych danych kontaktowych i nie namówi nas na przyjęcie jego propozycji? Propozycji swoją drogą bardzo… dziwacznej? Nawet nie wiem, jakim słowem ją określić. Naturalnie czytelnik wie, że Julia nigdy by jej nie przyjęła, gdyby nie została w pewnym sensie zmuszona przez życie. I tak dalej, i tak dalej. Ale jej decyzja wywołuje lawinę nieprzewidzianych zdarzeń, które koniec końców dają efekt w postaci mozaiki kiepskiego kryminału, thrillera psychologicznego i przesłodzonego romansu. Nie wiem, który element przeważa. Momentami historia jest tak słodka, że aż bolą zęby, a kiedy indziej tak bezwzględna, że aż ciarki przechodzą po plecach. Pozytyw: tej książce można zarzucić wiele, ale na pewno nie to, że nie dostarcza wrażeń czy jest nudna.

Mam wrażenie, że te 410 stron było swego rodzaju rollercoasterem. Niestety przeważnie nie w dobrym sensie, chyba że lubicie się dziwić. Nie bać, nie cieszyć, nie smucić, tylko dziwić. Bo z czasem przekonałam się, że początek był najbardziej realny i prawdopodobny z całej fabuły. To, co następowało potem… Chyba wymknęło się spod kontroli nawet samej autorce. Na razie nie powiem nic więcej, bo jeżeli moje słowa mimo wszystko zachęcą Was do sięgnięcia po najnowszą powieść Beaty Majewskiej, to chciałabym, abyście mogli sami dać się zaskoczyć. W sensie absolutnie dosłownym.

Plus jest taki, że po pewnym czasie przywykłam już do stylu autorki i kolejne wydarzenia powodowały u mnie mniejszy wstrząs. Gdy doszłam do punktu kulminacyjnego, niemal w ogóle już się nie dziwiłam. Poniekąd dlatego mogę Wam polecić „Zastępczą miłość” – jeżeli chcecie uodpornić się na rozmaite życiowe zawirowania, może to być doskonały trening. Jeżeli przejdziecie wszystko i dacie radę, to gwarantuję – chyba nic już Was w życiu nie zaskoczy. Nawet amerykański miliarder składający Wam dziwaczne propozycje poprzez swego odzianego w drogi garnitur pośrednika o imieniu Diamond.

Mam także wątpliwości co do hasła, umieszczonego na okładce: „Wielki świat, zakazane uczucie i kusząca propozycja… Czy Ty umiałabyś się oprzeć?”. Po pierwsze, nie uważam, żeby ta propozycja była szczególnie kusząca. Zależy jak dla kogo, ale myślę, że dla dziewiętnastoletniej studentki właśnie wkraczającej w dorosłe życie z pewnością nie. No, a na retoryczne pytanie „Czy Ty umiałabyś się oprzeć?” odpowiadam: tak, umiałabym. Bez dwóch zdań.

Należy też zwrócić uwagę na postać matki Julii, która odgrywa niebagatelną rolę w całej historii. Wbrew pozorom, nie jest ona jedynie tłem. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest jednym z motorów działań dziewczyny. W rzeczywistości nie wyobrażam sobie, żeby jakakolwiek kochająca matka, dla której dobro dziecka jest na pierwszym miejscu (a podobno takie właśnie było dla Teresy) pozwoliła swojej w gruncie rzeczy bardzo młodej córce na zrobienie ze swoim życiem czegoś takiego. Rozumiem okoliczności związane z mężem Teresy, a ojczymem Julii, ale i tak… Dorosłe życie zobowiązuje. Nie sądzę, by odpowiedzialna i kochająca matka zgodziła się na to, aby jej córka rozwiązywała za nią jej problemy, poświęcając się i niszcząc sobie życie.

Do tego dochodzi kilka niespójności merytorycznych. Julia, która na początku została opisana jako osoba niezbyt dobrze znająca język angielski, nagle zna wszystkie idiomy, trudne wyrażenia, biegle komunikuje się i podpisuje dokumenty w tym języku. Nie wiem jak Wam, ale mnie, z całym szacunkiem, nie wydaje się to realne.

Podsumowując, nie uważam „Zastępczej miłości” za najlepszą powieść w dorobku Beaty Majewskiej. Wiem, że potrafi ona tworzyć dużo bardziej realne i spójne opowieści. Niemniej jednak, jeśli lubicie ten typ literatury, a przy tym nie macie nic przeciwko nieprawdopodobnej fabule, możecie spróbować swoich sił. Książka jest ślicznie wydana, więc z pewnością będzie ładnie wyglądać na półce. Jeżeli jednak tak jak ja cenicie sobie przede wszystkim realizm, to nie sądzę, że moglibyście być zadowoleni. Niestety.

 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu „Lira”.

Napisz komentarz