Autor: Marta Matulewicz Gatunek: , ,
Ocena

Czy ludzie się zmieniają? Odwiecznie zadajemy sobie to pytanie, a ze znalezieniem jednoznacznej odpowiedzi jak było trudno, tak dalej jest. Niewątpliwie jednak bohaterowie literaccy mogą się zmieniać i to chyba jedna z ich najpiękniejszych cech. Przykładem takiej bohaterki jest Ewa, tytułowa singielka, którą poznaliśmy wcześniej w „Singielce w Londynie” oraz „Singielce w Londynie. Starych miłościach i nowych rozterkach”. Teraz mamy przed sobą trzeci i chyba ostatni (chociaż, jak to powiadają, „nigdy nie mów nigdy…”) tom jej przygód. A więc…

Ewa osiąga coraz więcej sukcesów. Awansuje w pracy, a z najlepszą przyjaciółką i jej chłopakiem dogaduje się świetnie. Niestety życie uczuciowe sympatycznej Polki pozostawia wiele do życzenia. Jej wielka miłość, Olivier, po serii nieporozumień w kontaktach z nią, wyjeżdża wraz z koleżanką z HUMAN AID na misję do Afryki. Tam chce odciąć się od wszystkiego i całkowicie poświęcić pomaganiu najuboższym pacjentom. Ewa próbuje zapomnieć o tym mężczyźnie i znaleźć nową miłość. Niestety, nie wszystko jest takie proste… Kobieta po raz kolejny stanie przed sporymi życiowymi wyzwaniami, którym czoła może stawić tylko ona sama, bez czyjejkolwiek pomocy. Będzie musiała odpowiedzieć sobie na te najważniejsze pytania i… zawalczyć o to, co istotne.

Cykl o Singielce jest mi z wielu powodów szczególnie bliski. Towarzyszyłam mu od początku, byłam jedną z pierwszych czytelniczek. Prowadziłam długie rozmowy z autorką, doradzałam, wyrażałam swoje zdanie i mam nadzieję, że pomagałam 😉 . Starałam się mieć duży wkład w promocję tych powieści w social mediach i w środowisku blogerów. Nie zapomnę też wspaniałego kontaktu z wydawnictwem Lira podczas akcji dotyczących tego cyklu. Dlatego też, kiedy widzę, że tom trzeci jest również i ostatnim, pozwoliłam sobie na chwilkę wzruszenia. Patrząc wstecz, widzę jak długą podróż odbyłam… można powiedzieć, że ramię w ramię z Ewą. Parę razy aż łezka mi się w oku zakręciła, bo dla mnie… jest to koniec pewnej epoki. Mam nadzieję, że nie koniec pisarskich sukcesów Marty Matulewicz, z którą mam nadzieję przegadać o jej kolejnych pomysłach na powieści jeszcze niejedną godzinę 🙂 . Zdradzę również, że miałam wpływ na elementy fabuły, zwłaszcza na pewny moment z udziałem Oliviera. Dlatego jest mi niezmiernie miło, że zostałam wymieniona w podziękowaniach. Z tego miejsca tym razem ja chciałabym serdecznie podziękować autorce 🙂 .

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy podczas lektury trzeciego tomu, jest przemiana, jaka stała się udziałem Ewy. Bohaterka odbyła długą podróż, od wylewającej na siebie kawę i podpalającej dom roztrzepanej dziewczyny, do dojrzalszej, wiedzącej, co chce osiągnąć, odpowiedzialnej kobiety. A my, czytelnicy, towarzyszyliśmy jej w tej podroży do samego końca. Gdy przewróciłam ostatnią stronę książki, poczułam nie tylko żal, że to już ostatni przystanek w naszej drodze z cyklem o Singielce, ale też… wzruszenie. Zakończenie nie zostało zaprojektowane jako wyciskacz łez, ale fakt, że ta roztrzepana Ewa, na początku zupełnie nieradząca sobie z czekającymi ją wyzwaniami, tak pięknie ułożyła sobie życie… musicie przyznać, może wycisnąć łezkę.

Fabuła była bardzo przyjemna i taka… normalna. Jak pewnie pamiętacie, jestem fanką książek życiowych. Takich do bólu realnych. Męczę się, gdy w pewnym momencie akcja zaczyna „odlatywać”. U Marty Matulewicz nic takiego się nie stało i jest to jeden z powodów, dla których tak cenię jej talent literacki. Odnajduję w jej twórczości coś dla siebie. Ewa ma zupełnie normalne, ludzkie problemy, rozterki, marzenia. Waha się, czy inwestować w nową relację, ze Scottem, czy postawić wszystkie karty na wielką, choć niepewną miłość. Przeżywa katusze, myśląc o ilości kilometrów, o które jest od niej oddalony Olivier, ale jednocześnie nadal żywi do niego pewien żal. Są to problemy, z którymi każda kobieta może się zmierzyć.

Autorka ma doświadczenie (sama spędziła w Wielkiej Brytanii dziesięć lat) i to przekłada się na wiarygodność jej twórczości. Osobiście zawsze czekam na szczegóły dotyczące życia w tym kraju, a one zawsze się pojawiają. Choćby wzmianki o tym, jak wyglądają zapisy do bibliotek czy wynajmy mieszkań. Dla osób ciekawych świata to świetna sprawa. Uwielbiam, kiedy autor wie, o czym pisze. Taki research robiony życiem.

Jak już wcześniej wspomniałam, zakończenie absolutnie mnie urzekło. A kilkanaście stron wcześniej już na amen polubiłam Oliviera. Wcześniej, ze względu na skomplikowane relacje z Ewą, nie zawsze żywiłam do niego ciepłe uczucia. Na szczęście autorka postanowiła już dłużej nas nie stresować i w końcu dała nam upragniony happy end. I to w jakim stylu!

Uroku całej serii dodawała szata graficzna. Ciepłe kolory i ładna czcionka sprawiały, że podczas czytania odczuwało się jeszcze większy komfort i przyjemność. Jak zwykle, chapeau bas dla grafików wydawnictwa Lira.

Jeżeli szukacie lektury idealnej na wiosnę, która podniesie Was na duchu i przeprowadzi przez ciężkie chwile, sięgnijcie po trylogię o Singielce. A gdy już ją przeczytacie, możecie podać ją dalej, swojej przyjaciółce lub krewnej. Na pewno każda kobieta będzie z tych powieści czerpać radość i pociechę w trudnych momentach. Serdecznie i wiosennie polecam!

 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu Lira.

Napisz komentarz