Autor: Aleksandra Tyl Gatunek: ,
Ocena

Gdy spotyka nas coś złego, przechodzimy załamanie. Nie potrafimy zacząć od nowa, uporać się ze swoim cierpieniem i iść dalej z podniesioną głową. Czasami wtedy przychodzi nam z pomocą zmiana otoczenia, wyjazd, poznanie nowych ludzi… I odkrycie całkiem nowego życia.

Codzienność Marianny była różowa jak babeczki z lukrem, które sprzedawała w cukierniach prowadzonych przez rodziców. Była szczęśliwa i nigdy nie zaznała prawdziwego cierpienia. Pieniądze, wsparcie, miłość – to wszystko po prostu było obecne w jej życiu. Do czasu… W krótkim czasie straciła mamę, tatę i babcię, ukochane osoby, bez których nie potrafiła żyć. Nie umiała poradzić sobie z ogromem bólu i przytłaczającą samotnością, która spadła na nią bez ostrzeżenia.

Pewnego dnia znajduje dokumenty, z których wynika, że jej ojciec co miesiąc przesyłał trzysta euro Rosie Rosso. Więcej danych brak. Zaintrygowana Marianna postanawia rozwikłać tę zagadkę: dowiedzieć się, kim jest Rosa i dlaczego dostawała od jej ojca aż tyle pieniędzy. Kochanka? Partnerka biznesowa? Marianna wyrusza do Sewilli, ale nawet nie podejrzewa, że ta podróż zmieni jej życie o 180 stopni. Dziewczyna odkryje całkiem nowe perspektywy, pozna wspaniałych ludzi, prawdziwą biedę, nieuczciwość, ale i błogie szczęście, spełnienie… A może nawet wielką miłość?

Książka jest naprawdę świetnie napisana. Styl autorki jest prosty, ale jednocześnie ma w sobie coś wyjątkowego. Ku mojemu zadowoleniu, w ogóle nie czułam, że nie przeczytałam pierwszej części serii o Polance i jej mieszkańcach („Magiczne lato”). Gdy zorientowałam się, że „Karmelowa jesień” to już drugi tom, trochę się obawiałam, czy na pewno zrozumiem wszystkie wątki, postępowanie poszczególnych postaci i tak dalej. Normalne dylematy książkoholika. Na szczęście jednak Aleksandra Tyl zadbała o komfort mój i innych czytelników i tak poprowadziła akcję, że moje obawy zupełnie zniknęły.

Teraz szepnę Wam słówko o bohaterach. Zacznę od Marianny. Na początku momentami mnie irytowała, nie robiła nic innego tylko płakała i spała, na przemian. Chociaż takie postępowanie wydaje się normalne po utracie bliskich, to zachowanie Marianny było często po prostu drażniące. Poza tym bywała dość wyniosła, na przykład w stosunku do Piotra. Potem jednak zmieniła się, stała się milsza i pełna energii i chęci do pomocy – wtedy zaczęłam ją lubić i stan ten z grubsza utrzymał się do końca lektury.

Zaintrygował mnie Cristian. Polubiłam go, właściwie to już od samego początku czułam do niego nieokreśloną sympatię. Z chęcią poczytałabym o nim więcej.

Wątek, który również bardzo mi się spodobał, to wątek Eugeniusza Grzelaka i jego powieści. Był cudowny! W ogóle autorka wspaniale oddała klimat wsi i rozchodzące się w tempie olimpijskim plotki. Poza tym brawa za dostosowanie języka do sytuacji – czasem ciężko zrobić to dobrze.

Zaciekawiła mnie również sprawa z otwieraną przez Alicję galerią. Aleksandra Tyl wykazała się tutaj biegłą znajomością zasad zakładania własnego biznesu i starania się o dotację unijną. Właściwie dostaliśmy, mówiąc potocznie, „gotowca” – jeżeli ktoś chciałby otworzyć galerię sztuki, powinien zapoznać się z tą powieścią.

To, co chyba najbardziej mnie w książce zachwyciło, to piękne opisy Sewilli i w ogóle Hiszpanii. Do tego prawie idealny Cristian (czy raczej idealnie nieidealny) i mamy wymarzony klimat, w którym chyba każdy z nas chciałby się znaleźć. Autorka musi chyba naprawdę dobrze znać i lubić Sewillę, bo przedstawiła ją w taki sposób, że od razu zapragnęłam to miasto zwiedzić.

W powieści została utkana misterna sieć drobnych intryg, doskonale się uzupełniających. Aż dziw, że po drodze nie wydarzył się jakiś kataklizm z udziałem któregoś z bohaterów, bo naprawdę – tak skomplikować sobie życie to już nie lada sztuka. A jeszcze większa sztuka to doprowadzenie do szczęśliwego zakończenia po tylu przeciwnościach.

Oczywiście żaden miłośnik słodyczy nie przejdzie obok tej książki obojętnie. Już sam tytuł i okładka wskazują, że wyroby cukiernicze odegrają naprawdę dużą rolę w fabule. Po tylu opisach kolorowych tortów, babeczek, serników… każdy, nawet największy niejadek, nabierze ochoty na wycieczkę do dobrej cukierni.

Myślę, że najważniejszym przesłaniem powieści jest to, że można odżyć po tragedii, że złe rzeczy nie muszą stanowić końca. Że nie należy się poddawać w szukaniu motywacji do rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Że nie należy wątpić w siebie ani w innych ludzi…

Przykro mi jedynie, że większość wątków zakończyła się tak dużym niedopowiedzeniem. Zarówno sprawa Cristiana, jak i Rosy, Piotra, Chico, Alicji i Eugeniusza została urwana niemal „w pół słowa”. Chciałabym, aby kiedyś powstała kolejna część „Karmelowej jesieni” i opowiedziała historię znanych mi już bohaterów…

Lektura pozostawiła po sobie bardzo miłe wrażenie, właściwie ciągle jestem „pod wpływem” tej książki. Jest to ciepła, wciągająca, słodka, momentami zabawna opowieść o odnajdowaniu szczęścia, miłości, samego siebie. Przyjemna odskocznia od szarej rzeczywistości, zwłaszcza jesiennej…

 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej „Literatura Inspiruje”.

komentarze 2.

  1. Anna Maria napisał(a):

    Sewilla to pijękne miasto, miałam szczęście je odwiedzić dawno temu. Tym chętniej poczytam książkę! Dziękuję za ciepłą i niemal pachnącą ciasteczkami recenzję… Szkoda, że czytam ją w Wielkim Poście! Pozdrawiam serdecznie!

    • Natalia Świerczyńska napisał(a):

      Faktycznie zbiegło się w czasie z Wielkim Postem 😀 Ale nic straconego, książka i ciasteczka mogą poczekać na Wielkanoc 😉 . Pozdrawiam!

Napisz komentarz