Autor: Denise Hunter Gatunek: ,
Ocena

Czasem spotyka nas coś tak strasznego, że przestajemy ufać innym. Ciągle uciekamy, chronimy się… A w tym wszystkim tęsknimy za wolnością, za czymś, co zostało nam odebrane z chwilą podjęcia decyzji o ucieczce…
Eden i jej kilkuletni synek, Micah, przeszli już tak wiele, że przeciętnym śmiertelnikom nie mieści się to w głowach. Stracili całe swoje dotychczasowe życie, dobytek, dom, bezpieczeństwo i szczęście. Stali się niewolnikami strachu i ciągłego uciekania przed zagrożeniem. Eden, która jako matka ponosi odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za potomka, jest gotowa na naprawdę wiele, aby go ocalić i dać mu godne życie, wolne od traum i nieustannego przerażenia. Gdy ich ucieczkę zatrzymuje awaria samochodu, a rzeczy osobiste Eden zostają skradzione, wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna. Bez schronienia, auta, oszczędności i ciepłych ubrań, nie mają praktycznie żadnych szans na przetrwanie Bożego Narodzenia w miasteczku, w którym się znaleźli – Summer Harbor.
Beau Callahan to przystojny, młody mężczyzna. Macho z zewnątrz, wewnątrz jednak poraniony i samotny. On i jego dwaj bracia, Zac i Riley, cały czas nie są w stanie pogodzić się ze śmiercią rodziców i biorą na siebie nawał pracy na rodzinnej plantacji choinek. Obecność zrzędliwej, ale kochającej ciotki Trudy także nie pomaga im w uporaniu się z przeszłością. Gdy w domu Callahanów pojawia się przemarznięta Eden wraz z Micah, ich życie diametralnie się zmienia. Beau jednak nawet nie przypuszcza, jak trudna będzie dla niego relacja z Eden… Ale czy wszystko zakończy się szczęśliwie dla wszystkich?
Książka urzekła mnie właściwie od pierwszej strony. Na początku sama nie wiedziałam, co mnie aż tak zachwyciło – zrozumiałam to dopiero po jakimś czasie. Ta powieść ma po prostu niezwykły klimat, który rozsiewa wokół czytelnika. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak fantastyczna jest to lektura tuż przed Bożym Narodzeniem… Skoro ja jestem nią zachwycona wtedy, gdy zbliża się Wielkanoc.
Akcja jest bardzo ciekawa. Już dawno nie zdarzyło mi się przeżywać aż takich emocji podczas czytania. Najbardziej wtedy, gdy Eden (powiem eufemistycznie, ponieważ nie chcę spojlerować) „rozliczała się” z przeszłością. Sceny jak z kryminału wysokiej klasy, okraszone delikatnym wątkiem miłosnym – idealna mieszkanka dla każdej kobiety.
Bardzo mi się podobało to, że autorka powoli zdradzała tajemnice Eden. Nie szafowała nimi; umiała powstrzymać się od natychmiastowego zdradzenia całej koncepcji (wiem, że pisarze mają takie pokusy). Byłam ciekawa, jak Denise Hunter poradzi sobie z tym wyzwaniem – dobrym poprowadzeniem akcji tak, aby w jednej chwili nieopatrznie nie zdradzić wszystkiego. Poradziła sobie śpiewająco.
Kolejną zaletą powieści są prawdziwe postacie. Nie są sztuczne, nie są naciągane, irytujące ani zbyt idealne. Na przykład Eden – silna kobieta, niezwykle autentyczna. W niektórych książkach bawi mnie, jak bohater komplementuje bohaterkę, która cały czas się nad sobą roztkliwia, przez trzy czwarte akcji tonie w potoku łez jak rozhisteryzowane dziecko, że jest silna i wyjątkowa. No, proszę! Właśnie przez tego typu „dzieła” we współczesnej literaturze zanika prawdziwe znaczenie słów „silna”, „dzielna”. Powieść Denise Hunter „odkurza” to stwierdzenie i przywraca mu pierwotne znaczenie. Myślę, że Eden mogłaby stanowić wzór dla wielu młodych dziewczyn.
Oczywiście Beau także jest wspaniały. Mężczyzna z wartościami, o jakim marzy każda dziewczyna, zwłaszcza chrześcijanka. Momentami jego troska i rycerskość wzbudzały nie tylko mój podziw, ale także rozczulenie. Zapragnęłam spotkać zarówno Eden, jak i Beau. Jestem pewna, że znalazłabym z nimi wspólny język.
Książka umiejętnie przedstawia prawdziwą miłość, ale nie tylko tę damsko-męską. Zwłaszcza matczyną; to, ile matka jest w stanie zrobić dla swojego dziecka, ile poświęcić. Myślę, że „Jak płatki śniegu…” pokazują nam nie tylko wzór związku, ale także relacji na linii rodzice-dziecko.
Innym ważnym wątkiem jest wolność. Tęsknota za wolnością, którą odczuwa Eden, jest tak przytłaczająca i bolesna, że sami zaczynamy współczuć bohaterce i trzymać za nią kciuki. Kto wie, może nawet jakiś czytelnik się z nią utożsami i pod jej wpływem zmieni swoje życie?
Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o uroku Summer Harbor, miasteczka, o którym wiemy wszystko i nic. Pewne tradycje, które tam uznawano za świętość, nie do końca mi się podobały, ale ludzie i klimat tego miejsca – to wszystko było niesamowicie urocze.
Cieszę się, że seria o Summer Harbor obejmuje trzy tomy, bo to na pewno nie jest moje ostatnie spotkanie z twórczością Denise Hunter. Jej styl i delikatność w pisaniu o najważniejszych aspektach ludzkiej psychiki i duchowości sprawiły, że szczerze ją polubiłam i zapragnęłam poznać osobiście. Oby kiedyś odwiedziła Polskę. Może na którychś Targach Książki?
Podsumowując, książka była po prostu piękna i urzekająca. Żałuję, że lektura nie trwała dłużej. Na pewno pozostawi po sobie niezapomniane wrażenia… Polecam na każdą porę roku – na moim przykładzie widać, że można ją czytać nie tylko w grudniu.

 

Recenzja jest również dostępna na portalu biblionetka.pl.

komentarze 2.

  1. Anna Maria pisze:

    Jak zawsze świetna recenzja! Pisarka rzeczywiście potrafi tworzyć niezwykły klimat, zgadzam się w pełni! Pani Natalio, pisze Pani o pokusach pisarzy, stąd moje pytanie: czy jest szansa, że napisze Pani własną powieść? A może już coś powstaje…? Bardzo serdecznie Panią zachęcam do takiej próby, z przyjemnością sięgnę po książkę Pani autorstwa! Pozdrawiam!!!

Napisz komentarz