Autor: Layla Wheldon Gatunek: ,
Ocena

Większość z nas jako dzieci marzyła o niemożliwych rzeczach. Część z nas chciała polecieć w kosmos, część zamieszkać w pałacu, a część zostać piłkarzami lub tancerzami. Marzenia te nie były niemożliwe do zrealizowania, ale na pewno trudne. Tylko nielicznym się udawało. I taką właśnie szczęściarą była Livia.

Taniec od dziecka ją pociągał. Był jej największą pasją, sensem życia. Trenowała ciężko całe dzieciństwo, chcąc w przyszłości znaleźć się w chlubnym gronie najlepszych. Udało jej się – została zawodową tancerką. Obecnie należy do zespołu Black Diamonds, ma dwadzieścia dwa lata i całkiem pokaźną sumę pieniędzy na koncie. Razem z zespołem tworzy tło dla gwiazd muzyki rozrywkowej podczas ich koncertów. Pewnego dnia Black Diamonds dostaje zaproszenie na tournée po Europie w towarzystwie Jamesa Sheridana, obecnie chyba najsłynniejszego młodego piosenkarza. Livia jest pozytywnie nastawiona do nowego zlecenia, ale już podczas pierwszych treningów w towarzystwie Sheridana przekonuje się, że łatwo nie będzie. Celebryta okazuje się zadufany w sobie i arogancki, a jego hobby to narzucanie innym swojej woli. Dla dobra koncertów muszą jednak znaleźć wspólny język. Poznają się coraz lepiej i… odkrywają, że już nie są sobie nawzajem obojętni. Jednak czy prawdziwa miłość jest w ich wykonaniu możliwa?

Pierwsze, co przyszło mi do głowy tuż po lekturze książki, to stwierdzenie: pomysł świetny, wykonanie już gorsze. Sięgnęłam po „Dance, Sing, Love” głównie ze względu na opis – dużo tańca, muzyki, dynamiczna akcja, romans w blasku reflektorów. Cud, miód. Niestety ze strony na stronę, z rozdziału na rozdział tańca było coraz mniej, a jego miejsce zajmował alkohol. Po krótkim czasie miałam dosyć czytania o pijaństwie, bo w końcu mocne trunki wpływają bardzo na przygotowanie fizyczne sportowca. Livia, jakby nie patrzeć, tym sportowcem była. A jednak w książce wszystko jest tak przedstawione, jakby alkohol prawie w ogóle na formę kobiety nie wpływał, co jest praktycznie niemożliwe, zważywszy na to, jak często Livia zaglądała do kieliszka (bądź do butelki). Poza tym, sportowiec powinien mieć jakiś kodeks etyczny, którego przestrzega. Powinien być uczciwy względem swojego organizmu, a także (w przypadku tancerza) względem swojego zleceniodawcy i nie występować notorycznie na kacu.

Nie mogę też pozbyć się wrażenia, że Livia stopniowo coraz bardziej się upadlała. Na początku miała status szanowanej (także przez czytelnika) tancerki, później coraz więcej piła, uzależniała się od alkoholu, aby skończyć jako zabawka w rękach Jamesa. Obojętnie, jak zakończył się wątek ich miłości, James przez większość książki po prostu nie traktował Livii tak, jak należy, w efekcie czego trudno jest uwierzyć w jego nagłą przemianę wewnętrzną.

Pozostając przy aspekcie tanecznym powieści, miałam wrażenie, jakby autorka na początku miała pomysł na fabułę i trzymała się go konsekwentnie, jednak później nagle zapragnęła go zmienić. Drastycznie zmniejszyła się ilość tańca w akcji i tak już pozostało do samego końca. Pierwotnie taniec był jednym z najważniejszych wątków, wokół niego wszystko się kręciło, a potem… stał się tylko czymś na doczepkę, niepotrzebnym.

Niestety, im dalej w las, z tym większą ilością dziwactw mieliśmy do czynienia. Dziwaczny związek z Aleksem czy pojawiający się znienacka temat biseksualizmu… Wszystko to sprawiało, że coraz szerzej otwierałam oczy ze zdziwienia.

Jednak w powieści pojawiło się też sporo pozytywnych aspektów. Zacznijmy od bohaterów. Bardzo polubiłam Zafira, wnosił w każdą sytuację luz i optymizm. Co do Jamesa, towarzyszyły mi wybitnie neutralne uczucia. Irytowała mnie tylko jego porywczość, bo chwilami zachowywał się, jakby potrzebował naprawdę mocnych leków uspokajających.

W powieści poruszony jest także wątek poszukiwania miłości. Autorka w bardzo wyrazisty sposób opisała to, jak bycie w przeszłości zdradzaną może wpływać na dalsze życie. Temat przyjaźni również istnieje i jest on całkiem zgrabnie przedstawiony, ale nie ukrywam, że Kathy trochę działała mi na nerwy, zwłaszcza na samym początku.

Przyjemną odskocznią od wszystkich dramatów był dom rodzinny Livii, w którym czekali stęsknieni rodzice, ukochana kotka, własny pokój. Wszystkie te elementy złożyły się na bardzo swojski obraz rodziny Livii, niemal sama chciałam poznać tych ludzi i wypić w ich towarzystwie herbatę, porozmawiać z nimi.

Autorka zwróciła też uwagę na bardzo istotną sprawę: mianowicie, wpływ rodziny na charakter i sposób postępowania dziecka (zwłaszcza, gdy dziecko wkracza już w dorosłe życie). Najprościej mówiąc: pokręcona rodzina, pokręcone dziecko. Ta zasada znalazła odzwierciedlenie zwłaszcza w życiu Jamesa.

Wielką zaletą techniczną powieści jest ładna okładka. Jeżeli ktoś ocenia książkę po okładce, tutaj na pewno byłby zadowolony.

Jak zapewne większość z Was słyszała, Layla Wheldon to tak naprawdę Polka – Sandra Sotomska, która swoją przygodę z pisarstwem zaczynała na Wattpadzie. Na kilku blogach przeczytałam też, że „Dance, Sing, Love” jest w pewnym sensie fanfiction; James Sheridan jest wzorowany na Justinie Bieberze, a Zafir Maluf na Zaynie Maliku. Faktycznie, pewne elementy z życia piosenkarzy zgadzają się z tymi z życia bohaterów książkowych. To tak gwoli ciekawostki.

Powieść ma swoje zalety, ale także wady. Ogólnie spędziłam miłe chwile podczas lektury, chociaż niejedną rzecz bym w „Dance, Sing, Love” poprawiła. Niemniej jednak, gratuluję autorce debiutu. Wiem, że zdobyła wielu fanów, z niecierpliwością czekających na kolejny tom przygód Livii oraz Jamesa. Ja również chętnie się z nimi zapoznam. Mam tylko nadzieję, że w następnych częściach mniej będzie alkoholu, a więcej tańca 😉 .

komentarze 2.

  1. Anna napisał(a):

    Dziękuję za ciekawą podpowiedź

Napisz komentarz